Widzisz wypowiedzi znalezione dla słów: Polskie okręty podwodne typu M XV
|
| Wiadomość |
Nazwy polskich okrętów podwodnych
|
Podwodne stawiacze min "Wilk" "Wilk", "Ryś","Żbik" Okręty podwodne typ "Orzeł" "Orzeł", "Sęp" Okręty podwodne typ "U" "Sokół","Dzik" Okręt podwodny typ"S" "Jastrząb" Małe okrety podwodne typ "M-XV" (96) "Mazur" (?), "Kaszub" (?), „Kurp" (?), „Krakowiak"(?), „Kujawiak" (?), „Ślązak" (?) Okręty podwodne typ 613 (NATO"Whiskey") „Orzeł" (II), "Sokół" (II) , „Kondor" , „Bielik" Okręty podwodne typu (NATO "Foxtrot") „Wilk"(II), „Dzik"(II) Okręt podwodny typu Kilo „Orzeł" (III) Okręty podwodne typu "Kobben" "Sokół"(III), "Sęp"(II), "Bielik"(II), "Kondor"(II), "Jastrząb" (II) Jak widać na pierwszy rzut oka na 26 okrętów podwodnych PMW 14 jednostek nosiło nazwy ptaków drapieżnych ("Orzeł", "Sokół" - 3, "Sęp", "Kondor", "Jastrząb", "Bielik"- 2) 6 okrętów zawdzieczało swe miana nazwą ludzi zamieskujących regiony Polski. Drapiezniki lądowe to 4 nazwy dla okretów ("Wilk" - 2, "Ryś", "Zbik" -1). Pozostaje jeszcze nazwa "Dzik" - 2 jednostki.
|
| |
|
|
Kalendarium II Wojny Światowej
|
Europa Wschodnia
28 września 1939 r. - Kapitulacja Warszawy. W Moskwie ZSRR i Niemcy podpisały porozumienie dotyczące podziału Polski. - W Rakowie pod Warszawą obie strony - Polska i Niemiecka - podpisały układ kapitulacji Warszawy. Oficerowie polscy idąc do niewoli mogli zachować białą broń, a podoficerowie i szeregowcy mieli być zwolnieni do domów. Oddziały warszawskie liczyły ok. 2988 oficerów i 84 842 szeregowców. Do Warszawy wkroczyły pierwsze oddziały niemieckie. - Obrońcy twierdzy Modlin odparli kolejny silny atak tym razem niemieckiego 15 Korpusu. - W walkach nad polskim niebem Luftwaffe straciło 258 samolotów, a 263 zostało uszkodzonych.
28 września 1944 r. - W lasach puszczy przysuskiej pod wsią Stefanów miała miejsce największa bitwa partyzancka, jeśli wziąć pod uwagę liczbę zabitych po stronie niemieckiej. 26 września oddziały niemieckie wspomagane przez Kałmuków rozpoczęły operację "Waldkater" mającą na celu rozbicie polskiej partyzantki zgrupowanej w tym rejonie. W lasach przysuskich kwaterowały oddziały partyzanckie 25 i 27 pp. AK. Całodniowe krwawe walki przyniosły całkowite fiasko niemieckiej operacji i straty sięgające 137 zabitych. Po stronie polskiej prawdopodobnie było tylko 10 zabitych.
Europa Zachodnia
28 września 1939 r. - Francja: Pod Brumat wylądował niemiecki myśliwiec Bf-109E, którego pilot stracił orientację i musiał przymusowo lądować na wrogim terytorium. W ten sposób alianci zdobyli pierwszy nieuszkodzony samolot tego typu.
Pacyfik/Azja
28 września 1942 r. - W Port Moresby wylądowały ostatnie oddziały amerykańskiej 32 Dywizji Piechoty. - Japończycy rozpoczęli ewakuację garnizonu z Kolombangara. - Na wschód od Buka amerykańskie samoloty sił lądowych zatopiły japoński stawiacz min "Hoko".
28 września 1944 r. - Brytyjski XV Korpus otrzymał rozkaz wznowienia ofensywy w prowincji Arakan.
Morze Śródziemne
28 września 1941 r. - Do portów na Malcie dotarły okręty brytyjskiego konwoju "Halbert". Podczas tej operacji uszkodzony został pancernik "Nelson". - Włoski okręt podwodny "Torbay" koło Jaffy został zatopiony przez brytyjską kanonierkę "Hyacinth".
Europa Południowa
28 września 1944 r. - Rozpoczęła się operacja belgradzka armii radzieckiej mająca na celu zajęcie Jugosławii.
|
Podwodna flota PRL-u
|
Hmm, kto jest taki głupi że sprzedaje okręt podwodny z notką "ze względów bezpieczeństwa lepiej go nie zanurzać" ? W każdym razie jeszcze głupsza jest Marynarka która mając taką notatkę każe załodze okrętu podwodnego wykonać zanurzenie. Ja bym to nazwał próbą samobójczą. |
Bez urazy, ale widać, że młody jesteś. Stosunki między PRL a ZSRR nie miały wiele wspólnego z logiką. Nasi wyboru nie mieli i brali co "wielki brat" łaskawie im dał. Czyli jak w przypadku jednostek typu M-XV (projekt 96) okręty w fatalnym stanie. Samo przejęcie okretów jak pisze Robert Rochowicz było formalnością. Napisano co wypadało napisać czyli "ogólny stan okretów dobry", tak było bezpiecznie dla piszącego. Dopiero później zabrano sie poważnie za oględziny i ...złapano za głowe. Ale cóż okrety podwodne były potrzebne, bo w 1954 roku OORP "Ryś" i "Zbik" to były to już tylko szkolne okety podwodne, a roku poźniej wycofano je. Został samotny ORP "Sęp". No i cóż próbowano działać na tym co było. Żaden z okrętów typu M-XV w polskiej flocie nie zatonał. Choć wypadki sie zdarzały np ORP "Kaszub" wszedł na mielizne i podczas akcji ratwniczej zgineło dwóch marynarzy. Ciekawe jest że na przełomie 1958/59 wszystkie "malutkie" pozbawiono działek 45 mm. Sam nie wiem czy to dobry pomysł. Z jednej strony tak, bo takie działo nadawało sie raczej tylko do ostrzału b. małych jednostek, na które szkoda torped którch na okretach było tylko po 4 w wyrzutniach. Zapasowych nie było. A takie małe jednostki raczej nie pojawiłyby sie przy naszym wybrzeżu w razie jakiegokolwiek konfliktu. Z drugiej strony nie można przeiwdziec wszystkiego, wiec zawsze lepiej miec te działko i nie użyć, niz nie mieć w razie potrzeby
|
Statek z płetwami
|
Niejeden przełomowy wynalazek ma swoje źródło w przyrodzie Ten akurat w podwodnej.
Mogłoby się wydawać, że w dziedzinie napędów statków i łodzi wszystko już wymyślono. Jeżeli chcemy popływać rekreacyjnie, wykorzystujemy wiosła, żagiel, napęd śrubowy lub strumieniowy. Gdy natomiast chcemy ładunek handlowy dostarczyć do portu przeznaczenia na czas – jesteśmy skazani na mechaniczny napęd śrubowy. Rozwój technik napędzania statków zdecydowanie skupił się na źródłach energii, a nie na jej efektywnym przetwarzaniu na siłę ciągu. Naukowcy i inżynierowie prześcigają się więc w konstruowaniu coraz to wydajniejszych silników spalinowych i elektrycznych, pędnik jednak zawsze pozostaje ten sam – jest nim śruba. Jesteśmy do tego stanu tak bardzo przyzwyczajeni, że trudno dziś nawet wyobrazić sobie jakąkolwiek zmianę.
Istnieją jednak obszary dotychczas niezbadane. Prace nad zupełnie nowym napędem prowadzę w przekonaniu, że mogą one zrewolucjonizować transport wodny. Opracowałem znacznie efektywniejszy od dotychczas stosowanych innowacyjny system falujących pędników, który w porównaniu ze stosowanymi dziś rozwiązaniami potrafi kilkakrotnie zredukować zapotrzebowanie statku na paliwo. System wykorzystuje efekt przyspieszania mas wody wzdłuż kadłuba przy użyciu energii falujących płetw.
Powstał zdalnie sterowany model takiego pojazdu, będący uproszczoną wersją wynalazku. Platforma wypornościowa typu katamaran z całkowicie zanurzonym w wodzie falującym pędnikiem posłużyła do zbadania osiągów maszyny, takich jak sprawność hydrodynamiczna, przyspieszenie czy prędkość maksymalna. Prototyp doświadczalny został nazwany Kalmarem. Eksperymenty pokazały, że potencjał tego wynalazku pod względem wydajności zdecydowanie wyprzedza współczesne śrubowe systemy napędowe. Dlatego został opatentowany. Tajemnica efektywności nowych rozwiązań tkwi w unikalnej geometrii pędników, sposobie ich sterowania oraz prostej konstrukcji. Kalmar wyposażony jest w hydroskrzydła z membraną lateksową, ale rozwiązania komercyjne będą miały pędniki o nieco innej budowie, choć o podobnej geometrii.
W obecnie stosowanych napędach statków znaczna ilość energii układu śruba-woda marnuje się wskutek zjawisk, których nie da się już wyeliminować. Chodzi tu przede wszystkim o kawitację, która w ogólnym ujęciu polega na gwałtownej przemianie wody z fazy ciekłej w gazową pod wpływem lokalnych zmian ciśnienia powodowanych szybką rotacją śruby. Te spadki ciśnienia prowadzą do wrzenia cieczy i tworzenia się pęcherzyków gazu. Śruba pracuje więc zawsze w mieszaninie wodno-gazowej, marnując ogromne ilości energii. Na dodatek pęcherzyki gazu, po opuszczeniu strefy pracy śruby, zapadają się gwałtownie, wytwarzając fale uderzeniowe. Dlatego kawitacja jest jednym z głównych źródeł hałasu, co stanowi problem na przykład w okrętach podwodnych. Śruba, z uwagi na swój kształt, stawia duży opór czołowy, co jest kolejną barierą dla zwiększenia jej sprawności energetycznej. Jeżeli spojrzeć na Kalmara z przodu, to łatwo zauważyć, że powierzchnia czołowa, a co za tym idzie opór pracującego skrzydła, jest znikomy. Na pędniku nowego rodzaju turbulencje są o wiele mniejsze, a zjawisko kawitacji praktycznie nie występuje.

– Już sam pomysł jednostki pływającej o takim napędzie wydał mi się ciekawy, ale i odważny – mówi prof. Ryszard Siegoczyński z Politechniki Warszawskiej. – Kiedy zobaczyłem sprawnie i bezawaryjnie pływający prototyp, nie miałem wątpliwości, że to rozwiązanie ma sens.
Kalmar od samego początku wzbudza duże zainteresowanie. Począwszy od pierwszego publicznego pokazu w Muzeum Przyrodniczym PAN w Krakowie, przez pokazy na krakowskim Rynku Głównym w ramach Festiwalu Nauki 2007, aż po największe międzynarodowe Targi Innowacji i Nowych Technologii – Brussels Innova 2007. Tematem przewodnim w Brukseli była energia i jej przetwarzanie. Wśród prawie 500 zgłoszonych wynalazków z całej Europy międzynarodowe jury nagrodziło Kalmara złotym medalem Brussels Eureka z wyróżnieniem! W marcu br. podczas XV Giełdy Polskich Wynalazków w Muzeum Techniki NOT w Warszawie Firma Delta Prototypes została też wyróżniona nagrodą ministra nauki i szkolnictwa wyższego.
Pomysł Kalmara zrodził się kilka lat temu. Podczas studiów na Politechnice Krakowskiej prof. Andrzej Samek, wykładający bionikę, postawił studentom zadanie opracowania koncepcji urządzenia wzorowanego na rozwiązaniu zaczerpniętym z przyrody. Projekt pojazdu, jaki wtedy powstał, okazał się na tyle ciekawy, że stał się tematem pracy magisterskiej pod kierownictwem prof. Andrzeja Samka. Ponieważ same rozważania teoretyczne nie wystarczyły, powstał pomysł zbudowania prototypu takiego pojazdu.
Nowy napęd ma szerokie możliwości komercyjnego zastosowania. Trwają prace nad dwoma projektami. Pierwszy to łódź rekreacyjna długości 3 m, której wystarczy zaledwie 30 cm zanurzenia. Jej cena będzie porównywalna z dziś istniejącymi pojazdami rekreacyjnymi z napędem śrubowym bądź łopatowym. Drugi projekt to znacznie bardziej skomplikowany załogowy pojazd podwodny, wykorzystujący hydraulicznie sterowane falowe pędniki o zmiennej geometrii. Na razie pływa on w wirtualnym świecie, w komputerze, i wykazuje niespotykaną sprawność napędu. Gdy uda się pokonać wszystkie bariery konstrukcyjne, zostanie uruchomiona produkcja zewnętrznych modułów napędowych, które będzie można dosłownie przyczepiać do kadłubów konwencjonalnych łodzi i zasilać je z akumulatora lub małego generatora prądu elektrycznego. A może nawet z baterii słonecznej?
Eksperci w Brukseli widzą w Kalmarze nie tylko alternatywę dla taniego transportu, ale zwracają też uwagę na to, że nowy napęd jest bardzo cichy. Pędniki falowe nie wywołują stresu u żyjących w wodzie zwierząt, nie niszczą roślinności. Można je wykorzystać w elektrycznych pojazdach załogowych lub automatach do badania chronionych ekosystemów. To jednak dopiero początek przygody. Prawdziwy przełom zacznie się przy wykorzystywaniu nowego napędu w wielkich jednostkach (ale na to potrzeba też wielkich pieniędzy). Wyobraźmy sobie, jaki wpływ na przyrodę będzie miała technologia, która sprawi, że transport wodny zacznie wykazywać kilkakrotny spadek zapotrzebowania na paliwa. Poszukiwany więc jest… hodowca Kalmarów.
Autor jest wynalazcą, absolwentem Politechniki Krakowskiej, właścicielem firmy Delta Prototypes -> www.deltaprototypes.com.pl
Polityka
|
| |
|
|
Krótka historia uzbrojenia
|
W czasach prehistorycznych nie istniało rozróżnienie pomiędzy narzędziami a uzbrojeniem. Kamień czy kij w równej mierze mogły pełnić funkcję twardego przedmiotu o przeznaczeniu militarnym (np. maczuga), jak też funkcję tłuczka do ucierania wykopanych z ziemi bulw. Dopiero później, w górnym paleolicie, około 20 tysięcy lat temu, pojawiła się pierwsza prawdziwa broń - łuk.

Krokiem milowym w rozwoju uzbrojenia było opanowanie obróbki metalu, co nastąpiło w połowie III tysiąclecia p.n.e. na Bliskim Wschodzie i w Egipcie. Zarówno brąz jak i żelazo miały odpowiednią twardość, aby wykuwać z nich groty oszczepów, ostrza sztyletów, a począwszy od II tysiąclecia p.n.e. - miecze. Opanowanie techniki kucia umożliwiło również produkcję brązowych elementów ochronnych: hełmów, napierśników, nagolenników i karwaszy chroniących przedramiona. W II tysiącleciu p.n.e. na masową skalę pojawiła się jazda. Obok niej do walki wprowadzono czterokołowe wozy bojowe i dwukołowe rydwany. Ich załogę stanowili woźnica i rycerz (bezpośrednio zaangażowany w walkę) z włócznią, pękiem krótkich oszczepów do miotania oraz niekiedy łukiem i tarczą.
W antyku dominowali ciężkozbrojni piechurzy, walczący w zwartym szyku, uzbrojeni w broń żelazną. W Grecji byli to hoplici z długimi (do 2,5 m) włóczniami, mieczami i dużymi okrągłymi tarczami, które chroniły korpusy i uda wojowników. Na głowie mieli hełmy osłaniające także większość twarzy, a na przedramionach i goleniach karwasze i nagolenniki. W armii rzymskiej odpowiednikiem hoplitów byli legioniści, którzy przemierzając wielomilowe odległości, dźwigali oprócz broni także ekwipunek potrzebny do rozbicia obozu oraz określony zapas żywności. W odróżnieniu od Greków Rzymianie posługiwali się krótszymi mieczami, co ułatwiało walkę w zwarciu z szeregiem przeciwnika. Ani hoplici, ani legioniści nie używali łuków - wchodziły one w skład uzbrojenia oddziałów pomocniczych.

Armie antyku dysponowały sporym arsenałem machin wojennych, z których największą popularność zdobyły katapulty, wyrzucające ogromne strzały (bardzo często na końcu podpalane). Oprócz nich istniały tarany i pierwowzory późniejszych wież oblężniczych, zaopatrzone w ruchome pomosty. Od połowy II tysiąclecia p.n.e. intensywny rozwój przeżywała również flota wojenna. Niemal przez cały okres antyczny podstawową jednostką była triera (trójrzędowiec), zaopatrzona w dziób do taranowania jednostek wroga.
Wzrost udziału konnicy, a co za tym idzie - zmiana założeń taktycznych na polu bitwy, spowodowały zmianę uzbrojenia. Przez większą część średniowiecza podstawę armii stanowili rycerze skupieni w chorągwiach. Taktyka ich walki zakładała staczanie jak największej liczby pojedynków z przeciwnikami. Głównym orężem były zakończone masywnym, żelaznym grotem kopie - ciężka, długa broń drzewcowa (niekiedy do 4 m długości). Zadanie kopijników polegało na strąceniu przeciwnika z konia. Po kopii najważniejszą rolę odgrywał miecz, symbol przynależności do stanu rycerskiego.
Miecze średniowieczne osiągały tak imponujące rozmiary (nawet do 1,8 m długości oraz kilkunastu kilogramów wagi), że sprawne władanie nimi było możliwe jedynie za pomocą obu rąk. Rycerze w zasadzie nie używali łuków. Łuki, podobnie jak kusze, stanowiły broń piechoty, która posługiwała się także włóczniami i toporami, a w późniejszym okresie - halabardami. Kusza miała znaczny zasięg (do kilkuset metrów); miotane przez nią bełty mogły przebić każdą zbroję. Łuk natomiast był bardziej wydajny. Dobry łucznik oddawał w czasie jednego strzału kusznika cztery celne strzały.
Pod koniec średniowiecza w europejskich armiach pojawiły się pierwsze działa bombardy, oraz prototypy karabinów - hakownice. Początkowo ich znaczenie było bardziej propagandowe, ponieważ o wiele lepiej do burzenia murów nadawały się trebusze (wielkie wyrzutnie ciężkich, przeszło półtonowych pocisków kamiennych, działających na zasadzie przeciwwagi). Dopiero od końca XV wieku artyleria prochowa zaczęła wypierać machiny motające.
 
Odrodzenie okazało się dobrym czasem dla wszelkich nowinek technicznych gdyż zarówno władcy, jak i ich wodzowie prędko dostrzegli korzyści płynące z sojuszu z nauką. W tym okresie skonstruowane zostały nowe typy armat: kolubryny i kartauny, o określonych długościach luf oraz kalibrach. Obok dział pojawiły się dosyć niezdarne pierwowzory pistoletów - petrynały. Kształtem przypominały zminiaturyzowane działka o rozszerzonych, okutych końcach luf. Szybko jednak okazały się niewygodne w użyciu. W pierwszej połowie XVI wieku zastąpiły je rusznice i muszkiety oraz najrozmaitsze typy pistoletów. Aż do pierwszej połowy XIX wieku karabiny ładowano odprzodowo (przez lufę). Dopiero w 1840 roku Niemiec Johann Nikolaus Dreysse skonstruował pierwszy karabin ładowany odtylcowo z iglicowym mechanizmem odpalającym pociski. W drugiej połowie XIX stulecia pojawiły się pierwsze odtylcowe działa z ryglowanymi zamkami.

Broń palna nie wyeliminowała broni białej. Tradycyjne miecze ustąpiły miejsca rapierom, a na wschodzie Europy szablom. W posługiwaniu się szablami do perfekcji doszli Polacy. Od połowy XVI wieku najbardziej skuteczną formacją jazdy stała się polska husaria, łącząca w sobie cechy średniowiecznego rycerstwa oraz nowoczesnej kawalerii. Husarz w pełnym rynsztunku uzbrojony był w kopię, następnie koncerz (długą broń kłującą, zaopatrzoną w rękojeść jak rapier), szablę oraz buzdygan (krótką maczugę z metalowymi ostrymi piórami do walki w zwarciu). Oprócz tego przy siodle miał zazwyczaj dwa pistolety, a niekiedy, zwłaszcza we wcześniejszym okresie, łuk i strzały. Charakterystyczny element zbroi husarskich stanowiły metalowe skrzydła, które w trakcie natarcia wywoływały nieprzyjemny odgłos, płoszący wierzchowce przeciwnika. Zbroje te były również wyjątkowo mocne. Z odległości 50 metrów przebijała je jedynie kula z muszkietu, a i to tylko wtedy, gdy trafiała pod odpowiednim kątem. Husaria przetrwała prawie do końca XVIII wieku. W XIX stuleciu nastąpił odwrót od jazdy ciężkiej. Kirasjerzy, ułani czy dragoni nie nosili w zasadzie zbroi, zachowali jedynie hełmy i metalowe kirysy, mające chronć korpus. Bronią XIX - wiecznych jeźdźców były lance - lżejszy odpowiednik dawnej kopii - ręczna broń palna i szable lub szpady. Jazda przetrwała aż do XX wieku. Jednak masowe użycie karabinów maszynowych i rozwój lekkiej artylerii, a zwłaszcza moździerzy skutecznie wyeliminowało ją z otwartego pola walki.
Wiek XX to okres narodzin broni pancernej, lotnictwa wojskowego, nowoczesnych okrętów wojennych oraz wszystkich rodzajów broni masowego rażenia. Każdy nowy typ uzbrojenia inspirował wojskowych inżynierów do konstruowania środków przeciwdziałających. Zastosowanie na masową skalę okrętów podwodnych stało się pośrednią przyczyną wynalezienia bomb głębinowych, przeznaczonych do ich zwalczania. Samoloty zmusiły konstruktorów artylerii do budowy zupełnie nowej klasy dział małokalibrowych zwanych przeciwlotniczymi, a czołgi do wprowadzenia artylerii przeciwpancernej. Użycie gazów bojowych prawie natychmiast zaowocowało wynalezieniem masek przeciwgazowych, a po II wojnie światowej całych kombinezonów ochronnych, odpornych na działanie najrozmaitszych substancji szkodliwych, w tym także promieniowania. Pojawienie się na wodach stalowych kolosów, uzbrojonych w działa kalibru od od 280 do 457 milimetrów, spowodowało rozwój torped (znanych od 2 poł. XIX w.), które już w czasach II wojny światowej można było nie tylko odpalać z okrętów, ale także zrzucać z samolotów. Wtedy po raz pierwszy rozpoczęto produkcję rakiet - po zakończeniu działań wojennych weszły one w skład uzbrojenia artyleryjskiego wojsk lądowych, marynarki wojennej i lotnictwa. Rolę katalizatora przemian technicznych odegrało zrzucenie bomb atomowych przez Amerykanów na Hiroszimę i Nagasaki w sierpniu 1945 roku. Świat zrozumiał wówczas, że o dalszych jego losach będą decydować tylko depozytariusze tej nowej, straszliwej broni.
eioba.com
|
Dziedzictwo stoczni gdańskich
|
Poniższy tekst autorstwa Wacława Wachułki ukazał się w 3 numerach gazety "Ostrowia" w sierpniu i wrześniu 2004 roku.
Ujście Wisły do morza w porcie Gdańsk było zawsze wypłycane. Prace związane z pogłębianiem portu były bardzo kosztowne. W początkach XIX wieku do bagrowania używano trzech pogłębiarek czerpakowych, napędzanych zaprzęgiem konnym, poruszających przekładnię kieratową zamocowaną na pokładzie tych jednostek. Jednak głębokość głównego kanału wejściowego, nie przekraczała 3,4 - 3,7 metra. Statki z większym zanurzeniem były ładowane lub też rozładowywane częściowo na redzie portu na lichtugi. W roku 1840 rzeka Wisła przerwała w wyniku wielkiej powodzi, wydmy koło Górek Wschodnich, czyniąc naturalny przełom do morza, tworząc nowe ujście Wisty, zwane od tamtego czasu Wisłą Śmiałą. Władze Gdańska, chroniąc port przed zmiennym stanem wody szczególnie w czasie wysokich jej stanów (powodzie, napór wód do portu w wyniku wiatrów z kierunków północnych) wybudowały w Płoni-Górkach Zachodnich (Pleniewie) śluzę, odcinając tym „stare” ujście Wisty zwane teraz Martwą Wisłą, od jej nowego biegu. Dodatkowo w latach 1889-1895, przekopano inne ujście Wisły w pobliżu Świbna i Mikoszewa nazwane „Przekopem Wisły” i wybudowano nową śluzę w Przegalinie, jakby oddzielając dawne naturalne ujście od tego nowopowstałego. Przemysł w końcu pierwszej połowy XIX wieku zaczął rozwijać się intensywniej, jako rezultat postępu w mechanizacji w Europie. W 1869 r. powstała fabryka chemiczna, a rok później w jej sąsiedztwie także fabryka nawozów sztucznych. Natomiast w 1871 r. zbudowano dużą fabrykę superfosfatów i kolejową stację rozrządową (obecnie Zaspa Towarowa), a w 1899 r. powstała Fabryka Wagonów ("Waggon-Fabrik", Danzig, obecnie Stocznia Północna SA). Na brzegach Wisły rozlokowano magazyny zboża, cukru, drobnicy i zbiorniki paliw płynnych (obecnie ich resztki widać przy ulicy Załogowej, naprzeciwko „Remontowej”). Pełno było w porcie składowisk drewna. Ożywienie gospodarcze Europy dotarło do Gdańska, gdzie w latach 1885-1902, umocniono brzegi Motławy (Długie Pobrzeże) aź do Żurawia Gdańskiego. W Neufahrwasser (Nowym Porcie), wybagrowano w r. 1879 nowy basen, od r. 1899 jako wolnocłowy (obecnie Władysława IV-go) a następnie naprzeciwko na Westerplatte drugi basen, jako amunicyjny (1925 r.) i dalej w roku 1929 oddano nowy basen dla towarów masowych (obecnie Górniczy). Powstały tam również inne zakłady przemysłowe takie jak fabryka papierosów, olejarnia, itp. w tym największy z gdańskich: rafineria cukru (r.1891) w Nowym Porcie. Zainstalowano dwa duże portowe dźwigi przy ulicy Szafarnia. W następnych latach drugiej połowy XIX wieku, rozbudowano nabrzeża Motławy aż do Wieży Łabędź (Pobrzeże Rybackie). Przy rozwijającym się porcie powstają nowe zakłady przemysłowe. I tak: na wyspie Ołowianka dnia 18.07.1899 r. dokonano rozruchu miejskiej elektrociepłowni napędzanej dowożonym tam węglem. Dalej zbudowano drugą gazownię tuż przy stoczni „Kaiserliche Werft”, Danzig (obecnie przy ulicy Watowej widać jej dawny zbiornik i zaplecze, kiedyś kino „Mottawa”. Dobrze funkcjonowała „Danziger Glasshutte” (Huta Szkła) położona w okolicach obecnego stadionu MRKS-u. Początek XX wieku to okres maksymalnego rozkwitu Gdańska. W porcie istniejący ciek wodny o nazwie der Schuiten-Laake (Łacha Szkut), jako mało żeglowna i zarośnięta odnoga Wisły, zostaje w lalach 1901-1904, wybagrowany i poszerzony od 140 do miejscami do 230 m i pogłębiony do prawie 8 metrów, tworząc nowy Kaiserhafen (Port Cesarski, obecnie Kanał Kaszubski). Otwarto go 27 maja 1904 roku. Kanał ten wyraźnie oddzielił wyspę Holm (Ostrów) od pozostałej części lądu, stając się główną trasą żeglugową do wewnętrznego portu i stoczni, odciążając ruch statków i okrętów od Martwej Wisły, płynącej z drugiej strony tej wyspy. W górnej części tego kanału powstała 150 metrowa obrotnica dla statków. Jednocześnie w północnej części wyspy Holm (Ostrów) zajmowanej przez Kaiserliche Werft, Danzig, w początkach I Wojny Światowej, zaczęto bagrować dziki teren pod przyszłe baseny z głębokością średnią do 7,1/7,5 m (obecnie tereny Gdańskiej Stoczni „Remontowa” SA), przeznaczone dla postoju i remontu okrętów podwodnych, których produkcja rosła intensywnie w Kaiserliche Werft, Danzig. Baseny te oddano do użytku w roku 1916. Intensywnie budowano warsztaty na nowym nabrzeżu tuż przy kanale. W r. 1938 na nabrzeżu Wiślanym oddano do użytku wielki elewator zbożowy.
Historia okrętownictwa gdańskiego jest wzmiankowana od roku 1260 i pochodzi z zapewniającego listu księcia Świętopetka do mieszczan Lubeki, o możliwości remontu statków a w nim zawarta jest treść o żegludze i o warsztatach stoczniowych: cytat: „... jeśliby w naszym porcie (gdańskim - sic!), dotknęty dna (chodzi o popularne handlowe statki zwane kogami) lub zostały uszkodzone, pomocą, jakąkolwiek chcieliby, byliby wsparci...”). Wynika z tego, że sztuka remontu statków już w porcie gdańskim istniała.
Rusztowania i Brabancja
Natomiast nie są znane miejsca, gdzie dokładnie to wykonywano. Pierwsze znane miejsce to Lastadie (Łasztownia), znajdująca się na Przedmieściu, która dodatkowo obejmowała nabrzeża wzdłuż Motławy od Targu Maślanego do obecnej ulicy Toruńskiej, a dalej sięgała do ulicy Żabi Kruk. Łasztownia (Lastadia), to tam dokonywano napraw drewnianych statków. Były tam wydzielone tereny określające funkcjonalność budowy, tj. Mastenfeld, czyli Masztownia, Kahnfeld, czyli budowa statków rzecznych, Zimmerhof, czyli Cieślarnia, itp. Na Łasztowni można byto jednocześnie budować 12 statków. Nieco później teren przy obecnej Bramie Kotwiczników, przydzielono pod zasiedlenie rzemieślnikom odkuwających kotwice, dalej powroźnikom, itp. grupom. Tam na Lastadii powstają pierwsze kogi i holki, jako największe statki handlowe pótnocnej Europy. W XV wieku powstał zakład remontowy na Brabanku (Brabancja), (obecnie tereny ulicy Stara Stocznia, Podstoczna i Wiosny Ludów, przy Elmorze), gdzie istniał pochyły slip do wciągania statków. Właśnie tam wyciągnięto z wody w r. 1470, porzucony i częściowo wypalony od uderzenia pioruna statek francuski „Pierre de la Rochelle” (42,75 m długości po pokładzie), gdzie go odbudowano i przystosowano do działań kaperskich, jako typ karaka o nazwie „Peter von Danzig”. To tutaj powstały pierwsze okręty na eksport (r.1545), sprzedane do floty króla angielskiego Henryka VIII, które stanowiły trzon uderzeniowy tej floty.
Cieślarnia
Trzecim miejscem budowy była Zimmerhof, czyli Cieślarnia, położona na wyspie Ołowianka, przy Kielgraben, obecnej ulicy Na Stępce. W pierwszej połowie XIX wieku na Łasztowni istniał warsztat okrętowy Heinego oraz na Kępie, stocznia Grotta.
Pruska stolica
W roku 1815 Kongres Wiedeński ustala nowe granice, w wyniku których Gdańsk zostaje wcielony do Prus Zachodnich, jako jego stolica. Następuje silne zniemczenie miasta, głównie przez napływ urzędników niemieckich. Utworzono garnizon pruskiej marynarki wojennej i Gdańsk stał się silną twierdzą morską. Natomiast w r. 1824 połączono Prusy Wschodnie i Zachodnie w jedną prowincję Prusy ze stolicą w Konigsberg (Królewiec). Następuje kilkuletni spadek handlu, ale zaczyna rozwijać się przemysł zbrojeniowy! W r. 1878. ponownie utworzono prowincję Prusy Zachodnie ze stolicą w Gdańsku. Miasto wtenczas liczyło już 100000 mieszkańców. Od r. 1897, kiedy admirała Tirpitza mianowano sekretarzem stanu w Krajowym Urzędzie Marynarki Wojennej (Reichsmarineamt), przemysł okrętowy Niemiec i Prus, a w tym i w Gdańsku, w pełni rozkwitł.
Stocznia Klawitera
Ale pionierami już obecnego okrętownictwa gdańskiego była rodzina Klawitterów, począwszy od lat dwudziestych XIX wieku. Właśnie na Brabanku (obecne tereny pomiędzy ujściem Kanału Raduni, a obecną Stocznią Gdańską i na terenie dzisiejszego Zakładu Gazownictwa), powstała w r. 1827 nowoczesna na owe czasy J. W. Klawitter, Danzig (Stocznia Klawittera), która wybudowała szereg m. in. drewnianych żaglowych fregat, barków i brygów oraz drewnianych bocznokołowców parowych "Pfeil" (32,6 m długości i mocy maszyny parowej 24 KM] i następnie bliźniaczy "Blitz"(32 KM mocy). Te ostatnie zapisane w historii Gdańska jako druga i trzecia jednostka parowa tam zbudowana, przewoziły ludzi i holowały statki pomiędzy centrum Gdańska a Nowym Portem, powodując wielkie niezadowolenie robotników, dotychczas ciągnących te statki ręcznie!!! Budowała również mniejsze okręty wojenne i tak w r. 1826, oddano do służby kanonierkę rzeczną o wyporności zaledwie 28 ton i dalej następne, nawet wiosłowe-rzeczne dla Rosji w r 1842.
W roku 1844 powstała tuż za fosą obronną Starego Miasta, nowa rządowa pruska stocznia marynarki wojennej (tuż obok już istniejącej Stoczni Klawittera), o nazwie „Koniglicher Korvetten-Depot-Platz” (tj. Królewskie Warsztaty Marynarki Wojennej), przekształconej parę lat później na „Konigliche Werft”, Danzig (Stocznia Królewska), obecnie tereny „A” Stoczni Gdańskiej, przylegające do ulicy Wałowej. Tam z nowootwartej pochylni wzdłużnej w r. 1850, została zwodowana pierwsza żelazna korweta, bocznokołowa o napędzie parowo-żaglowym „Danzig” dla pruskiej marynarki wojennej (ukończona w r. 1853), której budowniczym byt właśnie J.W. Klawitter. W Stoczni Klawittera powstał pierwszy dok pływający (drewniany!), także pierwsze żelazne statki towarowe o napędzie parowym „Oliva” i „Ottomin”, dla gdańskiego armatora obsługującego trasę pomiędzy Londynem a Gdańskiem. Wybudowano nowy kanał prowadzący do Martwej Wisły poprzez tereny stoczni, później zasypany, stwarzając grunt pod nowa halę (obecnie na końcu terenu „A” Stoczni Gdańskiej, tuż przy płocie Zakładu Gazowniczego). W związku z administracyjnymi trudnościami w pozyskiwaniu nowych terenów w kierunku Nowego Portu pod dobrze rozwijającą sie stocznię, jej właściciel, a spadkobierca sukcesji w/w (ojciec tego Klawittera umiera w r. 1963), jego syn Julius Wilhelm Klawitter, pozyskuje tereny na Polskim Haku, tuż koło stoczni „F. Devrient” (obecnie tereny Spółdzielni „Jedność Rybacka”) i w r. 1865 rozbudowuje tam zakłady wyposażenia okrętowego, tj. odlewnie metali, fabrykę maszyn okrętowych (lata 1899-1901). Przepisy miejskie nie zezwalały na budowę trwałych dużych obiektów betonowych czy ceglanych, poza murami miejskimi. Stąd budowano drewniane i nic nie zachowało się do dziś! Dopiero zniesienie w r. 1901 przepisów fortyfikacyjnych, umożliwiło dalszy rozwój okrętownlclwa w Gdańsku. Produkcja żaglowych drewnianych statków kończy się w Stoczni J.W.Klawitter, Danzig w roku 1877, natomiast pierwszy żelazny żaglowiec (wyp. 1700 ton), stocznia zbudowała w r. 1892. Do tego czasu zbudowano tam 118 statków żaglowych. Ale w ostatnich latach XIX wieku ta Stocznia posiada już trzy pochylnie wzdłużne, dwa wyciągi slipowe do remontu statków i dok pływający. Tutaj powstał na zamówienia carskiej Rosji pierwszy zbiornikowiec "Chamid" (rok wodowania 1903), dalej w latach 1904-1905 dwie pogiębiarki ssące po 1800 ton (L71m, B11,9m, 2x600 KM) dla USA „Texas” i „Galveston”, szereg innych jednostek jak: dźwigi ptywające, promy kolejowe, latarniowce, statki pożarnicze, holowniki, dok pływający 3000 ton, lodołamacze, statki pasażerskie w tym bocznokołowiec morski „Paul Benecke”, zbudowany dla żeglugi WMG, która konkurowała z Polską Żeglugą pasażerską z Gdyni, inspekcyjne jednostki, zbiornikowce (nawet na Morze Kaspijskie), małe statki towarowe morskie i śródlądowe śrubowe, boczno- i tylnokołowe, awiza kolonialne, konstrukcje śluz dla wodnych elektrowni m.in. do Straszyna i Rutek, dźwigi lądowe, kotły okrętowe nawet po 170 m2 pow. grzewczej, maszyny parowe podwójnej i potrójnej ekspansji (min. zamontowano je na w/w pogtębiarkach dla USA), itp, W sumie zbudowano ponad 270 różnych jednostek dla nawet egzotycznych państw takich jak: Urugwaj, Kuba, Turcja. W okresie I wojny światowej zbudowano cztery trawlery rybackie (po 260 BRT i 480 TDW każdy) na zlecenie marynarki wojennej Rosji. Dwa poławiacze min po 205 ton, nieukończone po wojnie ostatecznie złomowano na pochylni w wyniku postanowień Traktatu Wersalskiego. Niemiecka marynarka wojenna początkowo budowała okręty we własnych stoczniach (w Gdańsku od r. 1850. w Kilonii i Wilhelmshafen od r. 1869) a prywatnym stoczniom udzielano jedynie zamówień na małe okręty (np. kanonierki w Stoczni Klawittera w Gdańsku). Pierwsze większe zamówienie marynarki wojennej otrzymała w r. 1869 „Stocznia Vulcan” w Szczecinie. Dopiero ustawy o rozbudowie floty z lat 1898 i 1900 r. Spowodowały nasilenie zamówień na okręty wojenne.
|
Krematoria i komory gazowe
|
http://www.google.pl/sear...q=Holocaust&lr=

http://www.auschwitz-muze...yg_komora_I.jpg
[ Dodano: 2006-05-31, 08:25 ] drugie zdjecie ukazuje archiwalne dane dot. krematorium I
 krematorium nr II
 piece w krematorium II
[ Dodano: 2006-05-31, 08:30 ] http://www.auschwitz-muze.../Kremat_III.jpg krematorium III
 plan krematorium II i komory gazowejII
 krematorium IV
 Plan krematorium IV i V
 krematorium V
 spalanie zwłok
[ Dodano: 2006-05-31, 08:42 ] http://pl.wikipedia.org/w...krematorium.jpg no masz racje dot. odbudowania krematorium w auschwitz (na wikipedi to napisali)
http://www.deathcamps.org...ic/bigeberl.jpg list o komendanta w treblince
 sdjecie lotnicze treblinki (nic nie widac)
ciekawa stronka http://www.rodman.most.org.pl/Archiwum/IIWS/6.htm
 Bełzec Obraz http://www.deathcamps.org/belzec/belzec_pl.html strona dot. Bełżca
[ Dodano: 2006-05-31, 09:29 ] ciekawa stronka http://www.rodman.most.org.pl/Archiwum/IIWS/6.htm Banito polecam, daje do myślenia (na tej stronie popatrz tez na inne wejscia wstęp, czesc1, czesc 2). Jest o czym porozmawiac
[ Dodano: 2006-05-31, 11:23 ] cytuje z
"Teraz kwestia gazowania. Nie mam tu informacji od rewizjonistów, nie pytałem , ale posiłkuję się swoją wiedzą . Przecież masowe gazowanie wymaga ... jakiegoś odpowietrzania tego zużytego gazu. Gdzie on niby wychodził po zagazowaniu ofiar ? Hmm... Wymagało by to całej baterii turbin odpowietrzających, potężnej arterii rur, i jakiś wylotów , no nie wiem na pustyni błędowskiej chyba. Przecież wszędzie ten gaz byłby śmiercionośny, a już na pewno w całym otoczeniu obozu. A przecież mimo że więźniów była masa nikt nie katapultował się w zaświaty w okolicach baraków Śmierci i takich relacji nie ma. Nie zastanawia Cię to. Żeby zapakować kolejną porcję ofiar komora musiała być całkowicie PRZEWIETRZONA !, ale to Całkowicie. Gdyby nawet ten gaz był całkowicie bezwonny, to przecież jeśliby były jego ślady ludzie mdleliby już dziesiątki metrów przed komorą -otwarte drzwi. Aby to było skuteczne musiałby by to przecież być nie drzwi , ale hermetyczne wrota w stylu tych na okrętach podwodnych, a takich relacji że takowe były nie ma. To mnie zastanawia. Aby przeprowadzić taki spektakl Gazowania, musiano by przedsięwziąć o wiele większy wysiłek organizacyjny, niż morderstwo prostą metodą typu kula w łeb, lub wstrząs elektryczny."
[ Dodano: 2006-05-31, 11:25 ] cytuje jak wyzej z http://www.rodman.most.org.pl/Archiwum/IIWS/4.htm
"Wróćmy więc do Auschwitz-Birkenau. 1. Powiedzmy że było tam 5 komór krematoryjnych (retort - pojedyncza komora spalania) ( w razie pomyłki sprostuj mnie) 2. Powiedzmy że ciało jednej ofiary "przerabiano na popiół" przez pół godziny - jest to czas łącznie z podkładaniem węgla, podkładaniem drewna, czyszczeniem komina przez "obozowego kominiarza", przerwą na obiad dla obsługi i remontem pieca co jakiś czas. A piec ma efektywność co najmniej hutniczego pieca martenowskiego. 3. Powiedzmy że jest to przedsięwzięcie .... bezawaryjne i działa 24 godziny na dobę na 3 zmiany, czyli na dobę spopielano 240 osób. Nie ma żadnych bombardowań, żadnych buntów w obozie, żadnych przerw w dostawach, żadnych kłopotów z opałem, czyli wszystko idzie miodzio ... 4 Nie znam dokładnie dat, ale proceder ten rozpoczął się w 1941 r. choć obóz pobudowano już wcześniej, jakoś tak na jesieni. Obóz wyzwolono z końcem 1944 r. ( w razie czego sprostuj mnie) 5. Tak więc jeśli było to Deutsche Maisterstik - to działało powiedzmy nieprzerwanie przez 3 lata, bez przerw w sobotę i niedzielę i na urodziny Fuhrera.
Dziennie zamordowano i spopielono 240 osób Rocznie - 87 600. W ciągu 3 lat - 262 800
Co ty na to ? Aby spalić 4 mln. Żydów komór krematoryjnych (retort) musiałoby być 80 (!!!)
Wyobraź to sobie, czyli taśmociągi, gigantyczne buldożery do przerabiania takiej masy żywych ciał. No nie wiem co jeszcze. Sama organizacja takiego procederu ... czyli 80 karnych kolejek do Komór Gazowych i pieców , zimą przy -30 *C i latem przy + 35 *C (!!!)
Wszystko pod warunkiem że już na rampie WSZYSCY Żydzi ustawiają się w pielgrzymkowe kolumny i ze złożonymi jak do modlitwy rękoma, ze religijnym śpiewem na ustach idą wprost do gazu i pieca jako do spotkania z Jahwe. I nikt się nie bawi w jakiś obóz pracy. Na każdą z takich kolejek pewnie ze 100 żołnierzy od obsługi rampy, strzyżenia, apeli, dawania żarcia, doktorów Mengele po Sonderkommando, czyli 8000 x 3 zmiany czyli 24 000 (!!!) obsługi obozowej. Wszystko to minimalnie licząc. Teraz to porównaj ze swoimi wyobrażeniami. I teraz oceń wysiłki "Obiektywnych Historyków"
[ Dodano: 2006-06-02, 08:00 ] cytuje z http://www.rodman.most.org.pl/Archiwum/IIWS/8.htm
"Zeznanie Henryka Taubera
Protokół zeznania członka Sonderkommando Henryka Taubera
Oświęcim, dnia 24 maja 1945 r. Sędzia śledczy w Krakowie Jan Sehn, członek Komisji dla Badania Zbrodni Niemiecko-Hitlerowskich w Oświęcimiu przesłuchał na wniosek w obecności i przy współudziale wiceprokuratora Sądu Okręgowego w Krakowie Edwarda Pęchalskiego w trybie art. 254 w związku z art. 107, 115 kodeksu postępowania karnego b. więźnia obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu nr 90124, który zeznał co następuje:
Nazywam się Henryk Tauber, urodzony 8.VII.1917 r. w Chrzanowie, syn Abrahama Taubera i M i n d y z domu Szajnowic, kawaler, wyznania mojżeszowego, narodowości i przynależności państwowej polskiej, z zawodu cholewkarz, zamieszkały w Chrzanowie, ul. Grunwaldzka 1, nie karany.
Do czasu wybuchu wojny w roku 1939 mieszkałem wraz z moją najbliższą rodziną liczącą 12 osób w Chrzanowie. Z rodziny tej pozostałem przy życiu ja i jeden z moich szwagrów. O losie jednego z braci, który wywędrował do Rosji, nie mam dotąd wiadomości. W związku z masowymi akcjami przesiedleńczymi i wysiedleńczymi rodzina nasza została rozbita i ja znalazłem się w getcie krakowskim. Tam aresztowany zostałem w listopadzie 1942 r. i osadzony w więzieniu żydowskiej służby porządkowej przy ul. Józefińskiej 31. W dniu 19 stycznia 1943 r. przewieziony zostałem wraz z transportem 400 Żydów z getta krakowskiego i 800 aryjczykami z Monteluppich do Oświęcimia. W transporcie tym było około 800 mężczyzn i 400 kobiet . Kobiety oddzielono zaraz na dworcu w Oświęcimiu j umieszczono w obozie kobiecym w Brzezinkach, a ja w grupie 50 więźniów Zydów i około 550 aryjczyków dostałem się na blok 27 odcinka BIb. Był to blok niewykończony, bez okien, bez drzwi i bez koi. Następnie przeszedłem z kolei przez blok 22, 20 tego samego odcinka obozowego, byłem przez parę dni w Bunie, skąd z powodu stwierdzonej wśród więźniów tej grupy, do której należałem, choroby tyfusu, przeniesiony zostałem z powrotem do Brzezinki i umieszczony na bloku 21 odcinka BIb. W międzyczasie przeprowadzono rejestrację 2, w czasie której podałem się za kwalifikowanego ślusarza-mechanika. Z początkiem lutego 1943 przybył na blok Unterscharfiihrer Groll, Arbeitsdienst i Arbeitseinsatz więzień Mikusz i wybrali spośród przebywających na naszym bloku więźniów fachowców rzekomo do pracy w warsztatach w Oświęcimiu. Wybrano nas 20 młodych mężczyzn Z y d ów. Zaprowadzono nas na blok IV, gdzie zbadani zostaliśmy przez lekarza i wszyscy uznani za zdrowych. Tego samego dnia przewieziono nas autem pod eskortą esesmanów do Oświęcimia i umieszczono na bloku XI w bunkrze nr 7. Następnego dnia zaprowadzono nas 20 pod silną eskortą esesmanów do bunkra, w którym, jak się później okazało, mieściło się krematorium nr 1. Tu zastaliśmy siedmiu Żydów, m. in. i Jankowskiego oraz trzech Polaków . Kapo był Mietek Morawa z Krakowa. Był to mężczyzna wysokiego wzrostu, blondyn, szczupły, wyglądał na około 24 lat. Jeden z braci jego był bokserem w Krakowie. Słyszałem, że rodzina Morawy mieszkała na Dębnikach. Początkowo tu w czasie pracy w pierwszym krematorium w Oświęcimiu był on bardzo surowym kapo, nakazaną przez Niemców pracę wykonywał przepisowo. W późniejszym czasie przeszedł jako Oberkapo do krematoriów II i III w Brzezince. Tam starał się żyć z nami w zgodzie, ponieważ było nas tam około 400, pracowaliśmy już przez dłuższy czas przy krematoriach, byliśmy zrezygnowani, zdecydowani na wszystko i dlatego nie pozwalaliśmy sobie pluć w kaszę.
W pierwszym dniu po przybyciu do krematorium przemówił tu do nas esesman Unterscharfiihrer, którego nazwiska nie pamiętam. Powiedział nam, że wykonywać będziemy pracę nieprzyjemną, że musimy się jednak do niej przyzwyczaić i po jakimś czasie nie będzie ona przedstawiała dla nas żadnej trudności. Przemawiał on w języku polskim. W całym przemówieniu nie wspomniał ani słowem, że zatrudnieni będziemy przy paleniu zwłok ludzkich. Zakończył to przemówienie rozkazem "Los an die Arbeit" i biciem po głowach bykowcem. Wraz z Mietkiem Morawą zapędzili nas do bunkra krematorium nr I, gdzie ujrzeliśmy kilkaset zwłok ludzkich. Leżały one na stosach, jedne na drugich, zabrudzone, zmarznięte, wiele zwłok było pokrwawionych, z rozbitymi czaszkami, inne z rozciętymi, widocznie na sekcjach, brzuchami. Zwłoki te były pozmarzane, musieliśmy siekierami odzielać jedne od drugich. Bici i poganiani przez owego Unterscharfiihrera i kapo Morawę wyciągaliśmy te zwłoki do "hajcowni", gdzie znajdowały się trzy piece, każdy po dwa mufle. Jako mufle oznaczam, zgodnie z nomenklaturą przyjętą przez Komisję sowiecką, retorty do spalania zwłok. W "hajcowni" układaliśmy zwłoki na wózku poruszającym się na szynach, biegnących między piecami. Od drzwi prowadzących z bunkra, gdzie znajdowały się zwłoki, wózek ten jeździł na "szajbie" obracającej się we wszystkich kierunkach i poruszającej się w poprzek "hajcowni" na szerszych szynach. Do każdej retorty prowadziły od tych szerokich szyn wąskie szyny, na których toczył się wózek, do retorty. Wózek ten poruszał się na czterech małych, metalowych kółkach. Miał silną metalową podstawę w kształcie skrzyni. Do skrzyni tej wkładano dla obciążenia kamienie i żelazo. Przedłużeniem wierzchniej ściany owej skrzyni było metalowe koryto, długości ponad 2 m. Na korycie tym układaliśmy po pięć zwłok. Najpierw dwoje zwłok zwróconych nogami w kierunku pieca, brzuchami do góry, następnie w odwrotnym kierunku dwoje zwłok. I te zwłoki zwrócone były brzuchami do góry. Piąte zwłoki kładziono nogami w kierunku pieca i grzbietem zwróconym do góry. Ręce tych piątych zwłok opadały w dół i jak gdyby obejmowały wszystkie zwłoki pod nimi leżące. Ponieważ ładunek taki przeważał nieraz ciężar podstawy wózka, wobec tego podtrzymywaliśmy deską koryto od dołu, aby wózek nie przechylił się i zwłoki nie spadły. Tak naładowane koryto wpychaliśmy do retorty. Gdy zwłoki znajdowały się już w piecu, przytrzymywaliśmy je blaszanym pudłem przesuwalnym wzdłuż koryta, a inni więźniowie wyciągali wózek spod zwłok. Specjalny uchwyt na końcu koryta porywał ów suwak-pudło. Następnie zamykaliśmy drzwi. W krematorium nr I były trzy piece po dwie retorty każdy, o czym już poprzednio wspominałem. Każda retorta spalić mogła pięć ludzkich zwłok jednocześnie, można więc było spalić w krematorium tym 30 zwłok ludzkich . W tym czasie, gdy ja przy obsłudze tego krematorium pracowałem, spalenie takiego ładunku trwało do półtorej godziny. Były to bowiem zwłoki ludzi wychudzonych, istne szkielety, które się bardzo powoli paliły. Z późniejszej praktyki i obserwacji spalania w krematoriach II i III wiem, że zwłoki ludzi tłustych palą się znacznie szybciej. Proces spalania przyspiesza palenie się tłuszczu ludzkiego, które wytwarza dodatkowy żar . Wszystkie piece krematorium I znajdowały się w hali, którą nazywam "hajcownią ". W pobliżu wejścia do tej hali znajdował się jeden piec zwrócony generatorem w kierunku drzwi wejściowych, a piecami retortowymi w głąb hali. Dwa dalsze usytuowane wprost odwrotnie, to znaczy z piecami retortowymi w kierunku drzwi wejściowych, a generatorami w głąb hali, znajdowały się na drugim końcu hali. Piece te opalane były koksem. Zostały wykonane, jak świadczyły o tym napisy na drzwiach pieców i innych metalowych częściach, przez firmę " Topf und Sohne" z Erfurtu. Wózek do przewożenia zwłok był również wyrobem tej firmy. Za "hajcownią" znajdowała się mała koksownia, obok niej mała szreibsztuba, a dalej na prawo magazyn urn na popiół ludzki. Drzwi wejściowe, które prowadzą obecnie do hali nazywanej przeze mnie "hajcownią", przebite zostały dopiero później.
W tym czasie, kiedy ja w krematorium I pracowałem, drzwi tych nie było. Do hajcowni wchodziło się wówczas drzwiami z korytarza na lewo od wejścia. Drzwi takich było dwoje. Na prawo z korytarza prowadziły drzwi pierwsze do podręcznego magazynu, w którym znajdowały się zapasowe ruszta. Tu rozbierali się ludzie przywiezieni małymi transportami autami, których za czasów mej pracy w krematorium I w bunkrze tego krematorium rozstrzeliwano. (Bunkrem nazywam tę część budynku, w której gazowano ludzi). Transporty takie nadchodziły raz lub dwa razy w tygodniu i składały się z 30-40 osób. Byli to ludzie wszelkich narodowości. Na czas rozstrzeliwania, nas pracujących w Sonderkommando, zapędzono do koksowni. Zwłoki rozstrzelanych znajdowaliśmy następnie w bunkrze. U wszystkich zwłok widzieliśmy ranę postrzałową w tył czaszki (Genickschuss). Rozstrzeliwań dokonywał stale jeden i ten sam esesman z oddziału politycznego, w asyście drugiego esesmana z tego samego oddziału, który pisemnie stwierdzał śmierć rozstrzelanych. Kapo Morawa nie był wraz z nami w koksowni w czasie rozstrzeliwania. Co robił w tym czasie, nie wiem. Zwłoki rozstrzelanych wynosiliśmy z bunkra do hajcowni, gdy jeszcze całkiem ciepłe były i ociekały świeżą krwią. Drugie wejście z korytarza na prawo prowadziło do pokoiku, w którym składano popiół ze zwłok ludzkich. Przez pokoik ten przechodziło się do właściwego bunkra, używanego za moich czasów do rozstrzeliwania ofiar, a przedtem do gazowania ludzi. W grudniu 1942 r. zagazowano w tym bunkrze 400 więźniów ze Sonderkommando. Opowiadali mi o tym więźniowie, których przy pracy przy krematorium I zastałem, gdy do pracy tej zostałem przydzielony. W krematorium nr I pracowałem od początku lutego 1943 r. do dnia 4 marca 1943 r., a więc przeszło jeden miesiąc. Przez cały ten czas trzymano nas w bunkrze 7 bloku XI. Było nas tam 22 Żydów, ponieważ do grupy naszej przybyłej z początkiem lutego z Brzezinki dodano dwóch dentystów Żydów czeskich. Owych siedmiu Żydów, których zastałem przy pracy w krematorium I, trzymano również na bloku XI, tylko w innej celi. Kapo Morawa i pracujący już przy krematorium nr I wraz z nim Polacy Józek 6 i Wacek 7, mieszkali na bloku XV , a więc na bloku otwartym. Prócz owych dwóch Żydów czeskich przydzielono w ciągu tego miesiąca do naszej grupy czterech Polaków Staszka i Władka , których nazwisk nie pamiętam oraz Władysława Biskupa z Krakowa i Agrestowskiego Jana z gminy P ..., koło Warszawy. Nazwiska ich dokładnie pamiętam, ponieważ pisałem im listy po niemiecku do rodziny. I ci czterej ostatni wymienieni Polacy mieszkali na bloku XV .Przy wyruszaniu do pracy nazywano stare komando, zatrudnione przy krematorium I, "Komando Krematorium I". Naszą grupę, to znaczy 22 Żydów z bloku XI i owych czterech Polaków przydzielonych do naszej grupy, nazywano "Komando krematorium II". Oznaczenia tego nie rozumieliśmy wówczas. Dopiero później przekonaliśmy się, że przysłano nas na miesięczną praktykę do krematorium I, celem przygotowania się do pracy w krematorium II.
[...]
Przypominam sobie, jak kapo Mietek zwrócił się do Grabnera, ażeby mu przydzielił jednego więźnia do pracy, ponieważ jeden z naszej grupy zmarł. Grabner odpowiedział mu, że jednego "zugangu" dać mu nie może, żeby zabił jeszcze czterech Żydów, to wówczas da mu "zugang" pięciu. Zapytał przy tym Mietka, czym bije więźniów. Mietek pokazał mu kij. Grabner chwycił wówczas ruszt żelazny i oświadczył Mietkowi, by tym bił więźniów. Po pierwszym dniu pracy w krematorium I pięciu z mej grupy zameldowało się chorymi i pozostało na bloku. Następnego dnia przy wyciąganiu trupów z bunkra krematorium I znaleźliśmy ich zwłoki nagie bez śladów postrzału. Przypuszczam, że zostali zaszpilowani. Po miesięcznej pracy przy krematorium I pozostało nas z 22 Żydów tylko 12. Grupę tę wraz w Władysławem Tomiczkiem z Cieszyna i czterema wymienionymi już przeze mnie Polakami (Biskup i inni) przeniesiono w dniu 4.III.1943 r. do Brzezinki, gdzie umieszczeni zostaliśmy w bloku nr II odcinka BIb. Był to blok zamknięty. Jak się później dowiedziałem Tomiczek pracował w krematorium jeszcze w roku 1941. Był to stary więzień, miał numer tysiąc czterysta kilka. Przed przydzieleniem go do naszej grupy, co miało miejsce w marcu 1943 r., pracował on przez jakiś czas w młynie i w rzeźni, skąd został z grupą dalszych 49 więźniów aresztowany pod zarzutem działalności konspiracyjnej. Cała ta grupa osadzona została w bloku XI w Oświęcimiu i przez sąd S S skazana na śmierć. Untersturmfiihrer Grabner rozpoznał Tomiczka jeszcze przed wykonaniem egzekucji i przydzielił go do naszej grupy. W Brzezince pracował Tomiczek jako kapo komanda zatrudnipnego w krematorium II, a później w krematorium IV. Zdaje się w sierpniu 1943 r. wezwany został Tomiczek na oddział polityczny, skąd jeszcze tego samego dnia Oberscharfiihrer Kwakernak przywiózł jego zwłoki, które spaliliśmy w krematorium nr V. Głowa Tomiczka zawinięta była w worek, jednak rozpoznaliśmy go wszyscy, ponieważ odznaczał się silną budową ciała. Kwakernak pilnował nas osobiście tak długo, dopóki zwłoki Tomiczka nie znalazły się w piecu, a następnie zaraz odszedł. Otwarliśmy drzwi pieca, wyciągnęli zwłoki, odwinęli worek i z twarzy zupełnie dokładnie rozpoznaliśmy Tomiczka. Był to człowiek bardzo dobry, obchodził się z nami przyzwoicie, wtajemniczyliśmy go w naszą pracę konspiracyjną.
W dniu 4 marca 1943 r. pod strażą esesmanów zaprowadzeni zostaliśmy na teren krematorium nr II. Tu objaśnił nam konstrukcję tego krematorium kapo August , sprowadzony w tym samym czasie z Buchenwaldu, gdzie pracował przy tamtejszym krematorium. Krematorium nr II posiadało pod ziemią rozbieralnię (Auskleideraum) i bunkier czyli gazownię (Leichenkeller). W przejściu między tymi oboma piwnicami znajdował się korytarz, do którego prowadziły z zewnątrz schody i koryto do zrzucania zwłok przywiezionych do spalenia w krematorium z obozu. Drzwiami z rozbieralni wchodziło się do tego korytarza, a stąd drzwiami na prawo do gazowni. Od strony wjazdu na teren tego krematorium prowadziły do korytarza drugie schody. Na lewo od tych schodów znajdował się w rogu mały pokoik na włosy, okulary itp. rzeczy, a na prawo mały pokoik, w którym przechowywano zapasowe puszki z "Cyklonem". W prawym kącie korytarza na ścianie przeciwległej od wejścia z robieralni znajdowała się winda do wyciągania zwłok.
Do robieralni wchodziło się z podwórza krematorium schodami. Schody te otoczone były żelazną barierą. Nad drzwiami wisiała tablica z napisem "Zum Baden und Desinfektion". Napis ten był w paru językach wypisany. W rozbieralni biegły wzdłuż ścian ławy drewniane oraz drzewiane wieszaki ponumerowane. Nie było tam żadnych okien i stale paliło się światło. Robieralnia miała również instalację wodociągową i była skanalizowana. Z rozbieralni wchodziło się do korytarza przez drzwi, nad którymi wisiał napis "Zum Bade", powtórzony w kilku językach. Przypominam sobie, że wypisane tam było również słowo "Bania". Z korytarza tego wchodziło się drzwiami na prawo do gazowni. Były to drzwi drzewiane,. zbudowane z dwóch warstw krótkich kawałków desek, podobnie jak posadzka parkietowa jest układana, między tymi warstwami znajdowała się płyta z masy uszczelniającej brzegi drzwi i fugi futryny również obite były uszczelkami filcowymi. W drzwiach tych na wysokości głowy mężczyzny średniego wzrostu znajdowało się okrągłe okienko, oszklone. Z drugiej strony drzwi, to znaczy od strony gazowni, okienko to było zakratowane kratą w kształcie półkuli. Kratę tę założono dlatego, ponieważ zdarzały się wypadki, iż ludzie znajdujący się komorze gazowej przed śmiercią wybijali szybę w okienku. Ponieważ i krata temu nie zapobiegała i wypadki takie mimo jej założenia powtarzały się, okienko to później zabito blachą lub deską. W tym miejscu nadmieniam, że przeznaczeni na gazowanie i znajdujący się w komorze gazowej ludzie uszkadzali nieraz przewody elektryczne, zrywali je, uszkadzali urządzenia wentylacyjne. Drzwi te zamykane były od strony korytarza na żelazne rygle, które po zamknięciu drzwi dociągało się dla uszczelnienia specjalnymi zakrętkami. Sklepienie komory gazowej oparte było na cementowych filarach w środku swej szerokości. Na lewo i na prawo od tych filarów znajdowały się cztery słupy. Zewnętrzną ścianę tych słupów stanowiły kraty z grubego drutu, biegnące aż po sufit i na zewnątrz. Za tą ścianą znajdowała się druga siatka z drobniejszymi oczkami i otworami, .a w niej trzecia gęsta. W tej trzeciej siatce poruszało się pudełko, którym wyciągano przy pomocy drutu proszek, z którego wyparował już gaz. Poza tym w komorze znajdowała się instalacja elektryczna prowadzona po obu stronach belki nośnej podpartej na filarach cementowych. Instalacja wentylacyjna wmontowana była w murach komory gazowej. Do wnętrza komory prowadziły od niej małe otwory zaopatrzone siatkami z białej blachy, które położone były w górnej części ścian bocznych oraz otwory dolne zabezpieczone jak gdyby kagańcami żelaznymi. Wentylacja komory gazowłej połączona była z systemem rur wentylacyjnych, znajdujących się w rozbieralni .
Wentylacja ta obsługująca również pokój sekcyjny, poruszana była motorami elektrycznymi, znajdującymi się na strychu budynku krematoryjnego. Komora gazowa nie posiadała instalacji wodociągowej. Kran wodociągowy znajdował się w korytarzu i z niego wężem gumowym spłukiwano podłogę komory. z końcem roku 1943 komorę gazową przepołowiono ścianą murowaną tak, by nadawała się do gazowania mniejszych transportów. W ścianie tej znajdowały się takie same drzwi jak z korytarza do całej komory .Mniejsze transporty gazowano w komorze końcowej położonej dalej od wejścia z .korytarza. Zarówno rozbieralnia jak i komora gazowa pokryte były od Wierzchu płytą betonową i zasypane ziemią, porosłą trawą. Ponad komorą gazową wznosiły się jak gdyby małe kominki czterech otworów do wsypywania gazu. Otwory te zatykane były pokrywami cementowymi z drzewianymi uchwytami na dwie ręce. Nad rozbieralnią teren był trochę wzniesiony ponad poziom podwórza i zupełnie równy. Rury wentylacyjne uchodziły do ciągów i kominów znajdujących się w budynku stojącym ponad korytarzem i rozbieralnią. Zaznaczam, że początkowo w rozbieralni nie było ławek ani wieszaków, a w komorze gazowej tuszów. Jedno i drugie zainstalowano dopiero w jesieni 1943 r. dla zamaskowania rozbieralni i komory i przedstawienia ich jako łaźnia i dezynfekcja. Tusze te umieszczone były na klockach drzewianych, które w tym celu wmurowano w cementową powałę komory gazowej. Żadne przewody wodociągowe z tuszami tymi nie łączyły się, a więc i woda nigdy z nich nie ciekła.
Jak już wspomniałem z korytarza prowadziła winda, a właściwie wyciąg zwłok na poziom parteru. Tu od windy prowadziły jedne drzwi do hajcowni, gdzie znajdowały się piece krematoryjne, a drugie wprost w przeciwnym kierunku do pokoju zapasowego na zwłoki. Ponadto znajdował się tu korytarz, do którego prowadziło wejście od strony bramy wjazdowej na teren krematorium. Drzwiami na prawo z tego korytarza wchodziło się do pokoju sekcyjnego. Między pokojem sekcyjnym a magazynem zapasowym na zwłoki znajdował się klozet, do którego przechodziło się drzwiami z pokoju sekcyjnego. Drzwiami z korytarza na lewo wchodziło się do hajcowni od strony generatorów pieców krematoryjnych. Piece te uszeregowane były obok siebie w równych odstępach, było ich Pięć, każdy opalany dwoma generatorami. Z drugiej strony, a więc z tej strony, w której znajdowało się wyjście od windy, posiadały te piece po trzy retorty. W każdej retorcie mieściło się pięć zwłok ludzkich. Każda retorta zamykana była na drzwi żelazne z napisem " Topr'. Pod każdą retortą znajdował się popielnik, zamykany również na drzwiczki żelazne wyrobu tej samej firmy. Za piecami od strony wjazdu na podwórze krematorium na lewo znajdowała się koksownia. Posuwając się w głąb podwórza przebiegał za koksownią wąski korytarzyk, z którego prowadziły drzwi do małego pokoiku przeznaczonego dla esesmanów, z którego wychodziło jedno okno na hajcownię od strony retort, a drugie na tylne podwórze krematorium. Obok niego leżał pokój Kommandoffihrera z jednym oknem zwróconym na tylne podwórze. Za tym pokojem znajdował się klozet i mała umywalnia, a za nimi pokój dla lekarzy z oknem wychodzącym na obóz kobiecy. Z korytarzyka tego prowadziły schody na strych, gdzie znajdował się pokój dla ludzi zatrudnionych w Sonderkommandzie. Poza tym na strychu znajdowały się motory elektryczne obsługujące windę i wentylację. Zatrudniony tam był przy ich obsłudze jeden mechanik więzień.
Od strony wjazdu na podwórze krematorium znajdowała się w środku budynku wystająca ku przodowi poza jego masyw przybudówka, w której znajdował się piec do palenia śmieci. Była to tzw. "MUllverbrennung". Był to osobny piec, do którego wchodziło się po schodach w dół, otoczony wokół był poręczą żelazną i opalany węglem. Wejście do przybudówki "Mullverbrennung'. znajdowało się od strony wjazdu na teren krematorium. Przybudówka ta oprócz drzwi miała od frontu jedno okno i po jednym oknie na prawo i na lewo od wejścia. W rogu na lewo od wejścia znajdował się otwór, którym z popielnika znajdującego się przed nim na zewnątrz przybudówki wrzucano do przybudówki rzeczy przeznaczone na spalenie. Piec do spalania tych rzeczy znajdował się po lewej stronie od wejścia do przybudówki, a palenisko do opalania tego pieca po prawej. Zaznaczam, iż w tym właśnie piecu przez cały czas palono dokumenty oddziału politycznego obozu. Co pewien czas esesmani przywozili całe auta papieru, dokumentów i kartotek i papiery te pod ich kontrolą były palone. Paląc te papiery zauważyłem, że były w nich całe stosy kartotek ludzi zmarłych oraz Totenmeldungi. Żadnego z tych dokumentów nie mogliśmy oczywiście zabrać, ponieważ paliliśmy pod bezpośrednią i ścisłą kontrolą esesmanów.
Za przybudówką "Miillverbrennung" w głąb krematorium znajdował się komin obsługujący wszystkie piece krematoryjne i piec "MUllverbrennung". Początkowo wokół tego komina znajdowały się trzy motory elektryczne dla zasilania jego ciągu. Z powodu gorąca panującego obok i w pobliżu pieca motory te psuły się jednak, raz wybuchł nawet pożar , wobec czego później zdemontowano je i kanały doprowadzające gazy spalinowe z pieców krematoryjnych wpuszczono wprost do komina. Z przybudówki "MUllverbrennung" prowadziły drzwi do części budynku, w której znajdował się komin. Część ta była położona wyżej, wchodziło się do niej po schodkach. Po wymontowaniu motorów urządzono w jednej części obok komina umywalnię, przeznaczoną dla zatrudnionych przy Sonderkommandzie, a w części przeciwległej, a więc tej bliższej rozbieralni, pokój, w którym nieraz sypiał Oberkapo August. Stale mieszkał on na bloku Reichsdeutscherów, początkowo na odcinku BIb, a później na odcinku BIId. Na strychu nad przybudówką "Mullverbrennung"suszono włosy ścięte ofiarom, rozstrzepywano je i pakowano w worki. Worki te wywożono następnie autami.
Jak już wyżej wspomniałem, krematorium nr II posiadało pięć pieców. Każdy piec krematoryjny posiadał trzy retorty do palenia zwłok i opalany był dwoma generatorami koksowymi. Wyloty kanałów ogniowych tych generatorów znajdowały się nad popielnikami obu bocznych retort tak, że płomień przechodził najpierw przez obie boczne retorty, dostawał się następnie do retorty środkowej, a stąd gazy spalinowe wychodziły biegnącym w dół kanałem do komina. Kanał gazów spalinowych wychodził spod pieca krematoryjnego od strony retort pośrodku między oboma generatorami. Dzięki takiemu urządzeniu różny był przebieg palenia się zwłok w retortach bocznych i w retorcie środkowej. Zwłoki muzułmanów, a więc zwłoki wychudzone i pozbawione tłuszczu, paliły się szybciej w retorach bocznych a gorzej w retorcie środkowej. Na odwrót, zwłoki ludzi zagazowanych, których posłano do gazu wprost z transportu, które zatem nie były wychudzone, paliły się lepiej w retorcie środkowej. Przy paleniu takich zwłok używaliśmy koksu właściwie tylko do rozpałki pieca. Zwłoki tłuste paliły się bowiem same dzięki spalaniu się tłuszczu, znajdującego się w ciele. Zdarzały się nawet wypadki, że gdy zabrakło koksu do opalania generatorów, podkładaliśmy do popielników, znajdujących się pod retortami słomę i drzewo i gdy tylko tłuszcz zwłok się zapalił, paliły się już całe ładunki własnym ogniem. Wewnątrz retorta nie posiadała żadnych części żelaznych, ruszta miała szamotowe. Żelazne części byłyby się przy żarze, który dochodził od 1000 do 1200 st. C, stopiły. Ruszta szamotowe ułożone były w retorcie poprzecznie. Drzwiczki i otwór wejściowy do retorty były mniejsze, sama retorta była około 2 m długa, 80 an szeroka i około 1 m wysoka. Zasadniczo paliło się w takiej retorcie po 4- 5 zwłok. Zdarzały się jednak wypadki, że ładowaliśmy do retorty i więcej zwłok. Muzułmanów mieściło się nawet ośmiu. Takie większe ładunki paliliśmy w czasie alarmów lotniczych bez wiedzy szefa krematorium, chodziło nam bowiem o to, aby z komina szedł większy ogień i aby lotnicy to zauważyli. Sądzililiśmy, że w ten sposób sprowadzić możemy dla siebie zmianę naszego losu. Części żelazne a zwłaszcza żelazne ruszta, które dotąd na terenie obozu się znajdują, są częściami składowymi generatorów. Krematorium II posiadało ruszta z grubej kantówki żelaznej. W krematoriach 4 i 5 były ruszta lancet owe w kształcie mieczy z rączką.
W dniu 4 marca zatrudniono nas przy paleniu w generatorach. Paliliśmy od rana gdzieś do godziny 4-tej po południu. O tym czasie przyjechała do krematorium komisja z oddziału politycznego i wysocy oficerowie S S z Berlina. Oprócz nich brali udział w komisji również cywile i inżynierowie firmy "Topf'. Spośród uczestników tej komisji zapamiętałem Hauptsturmfiihrera Schwarza 16, Lagerkomendanta Aumeyera 17 i Oberscharfiihrera Kwakernaka.
Po przybyciu komisji polecono nam z pokoju zapasowego wynieść zwłoki i wrzucić je do retort. W pokoju zapasowym znaleźliśmy wówczas około 45 zwłok samych mężczyzn, bardzo dobrze odżywionych i tłustych. Kiedy zwłoki te dostawione zostały do pokoju zapasowego i skąd się tam wzięły nie wiedziałem wówczas. Później dopiero dowiedziałem się, że zostały one wybrane spośród osób zagazowanych w bunkrze nr II, położonym w lesie. Przybył tam mianowicie jakiś oficer S S z oddziału politycznego, polecił wybrać spośród zwłok zagazowanych zwłoki osób dobrze rozwiniętych i tłustych, zwłoki te kazał załadować na auto i wywiózł z terenu bunkra. Zatrudnieni tam więźniowie z Sonderkommanda nie wiedzieli dokąd zwłoki te wywieziono. Okazało się, że użyto je do wypróbowania i zademonstrowania wobec licznej komisji sprawności krematorium nr II, które wówczas miało być uruchomione. Poprzez windę i drzwi prowadzące do hajcowni wynosiliśmy te zwłoki i po dwa lub trzy układaliśmy na podobnym wózku jak ten, który opisałem przy omawianiu krematorium nr I i ładowaliśmy do poszczególnych retort. Po rozmieszczeniu całego zapasu zwłok we wszystkich retortach wszystkich pięciu pieców uczestnicy komisji z zegarkami w ręku obserwowali przebieg spalania zwłok, otwierali drzwiczki, patrzyli na zegarki, rozmawiali ze sobą i dziwili się, że spalanie trwa długo. Ponieważ piece mimo palenia w nich od rana, jako zupełnie nowe nie były jeszcze należycie rozgrzane, spalanie tego ładunku trwało około 40 minut. Przy ruchu ciągłym krematorium spalały się dwa ładunki na godzinę. Przepisowo ładować mieliśmy nowe zwłoki do retort co pół godziny. Oberkapo August objaśniał nam, że według obliczeń i planów krematorium dla spalenia jednych zwłok w jednej retorcie przewidziane jest 5-7 min. Zasadniczo nie pozwalał on nam ładować do jednej retorty więcej jak troje zwłok. Przy tej ilości musielibyśmy bez przerwy pracować, bo po załadowaniu ostatniej retorty pierwsza byłaby już wypalona. Chcąc uzyskać jednak przerwę w pracy ładowaliśmy do każdej retorty po 4-5 zwłok. Spalanie takiego ładunku trwało dłużej tak, że po załadowaniu ostatniej retorty mieliśmy kilka minut przerwy do czasu wypalenia się ładunku pierwszej retorty. Czas ten wykorzystywaliśmy na obmycie podłogi hajcowni, przez co odświeżało się tam trochę powietrze.
Po spaleniu się tego pierwszego próbnego ładunku, komisja odjechała, my uporządkowaliśmy krematorium, obmyli i odprowadzeni zostaliśmy do lagru BIb na blok 2. Przez następnych 10 dni chodziliśmy stale pod strażą SS każdego dnia do krematorium i paliliśmy w generatorach. W ciągu tych 10-ciu dni nie nadchodziły żadne transporty, zwłok nie paliliśmy, a generatory utrzymywano w ogniu jedynie dla rozgrzania pieców. Około połowy marca 1943 r. po zakończeniu pracy, wieczorem, nadszedł ówczesny [szef FP] krematoriów Hauptscharfiihrer Hirsch i wydał rozkaz, że mamy zostać w krematorium, ponieważ będziemy mieli robotę. Po zapadnięciu zmroku nadjechały pierwsze auta, na których przywieziono ludzi różnego wieku i płci. Byli wśród nich starzy mężczyźni, kobiety i bardzo dużo dzieci. Auta te jeździły tam i z powrotem w kierunku stacji kolejowej około godzinę, przywożąc coraz to więcej ludzi. Jak zaczęły nadjeżdżać auta nas z Sonderkommanda zamknięto w tym tylnym pokoju, w którym -jak przy opisie krematorium podałem -mieszkali lekarze sekcyjni. Z pokoju tego słyszeliśmy, że ludzie wyładowywani z aut na podwórze krematorium płakali i krzyczeli. Ludzi tych zapędzono do baraku, który stał prostopadle do budynku krematorium od strony wjazdu na podwórze krematorium nr II. Ludzie wchodzili do tego baraku przez drzwi znajdujące się od strony wjazdu i schodzili w dół schodami, które znajdowały się na prawo od Miillverbrennung. Barak ten służył wówczas za rozbieralnię. Używano go jednak tylko przez jeden tydzień mniej więcej i następnie rozebrano. Po rozebraniu baraku wpędzano ludzi do części podziemnych krematorium przez schody prowadzące do podziemnej rozbieralni, którą poprzednio opisałem. -Po około dwóch godzinach siedzenia w pokoju lekarzy sekcyjnych, wypuszczono nas i polecono nam udać się do komory gazowej. W komorze tej zastaliśmy stosy trupów nagich w pozycji podobnej do siedzącej. Zwłoki były koloru różowawego, w niektórych miejscach bardziej zaczerwienione, w innych pokryte zielonkawymi plamami z pianą na ustach, niektórym ciekła krew z nosa, w większości wypadków widać było kał. Pamiętam wiele miało oczy otwarte, wiele zwłok było zczepionych razem, najwięcej stłoczonych było zwłok w pobliżu drzwi. Luźniej było obok słupów siatkowych. Z ułożenia ciała widać było, że ludzie od słupów tych uciekali i chcieli się dostać do drzwi. W komorze było bardzo gorąco i panował zaduch taki, że nie można było wytrzymać. Później przekonaliśmy się, że wiele ludzi zginęło w komorze gazowej przez uduszenie się z braku powietrza jeszcze przed zagazowaniem. Ludzie ci leżeli całkiem pod spodem, na posadzce, a inni tratowali po nich. Nie siedzieli oni jak większość, tylko leżeli na samym spodzie. Widać z tego było, że zmarli oni wcześniej aniżeli reszta, która przechodzić musiała po ich zwłokach. Po wpędzeniu ludzi do komory gazowej i zamknięciu w niej, przed wsypaniem "cyklonu", wyciągano bowiem z komory powietrze, wentylacja komory nadawała się do tego celu. Był to system ssąco-tłoczący. Rozbieralnia miała tylko ssącą wentylację. Mimo, iż po otwarciu komory uruchamiano jej wentylację, w pierwszych chwilach po wejściu do niej, gdy znajdowali się w komorze zagazowani, pracowaliśmy przy wydobywaniu zwłok w maskach gazowych1. Zwłok z owego pierwszego transportu z połowy marca 1943 r. nie wynosiliśmy jednak z komory gazowej, ponieważ musieliśmy wrócić do obsługi pieców. Sprowadzono wówczas z bloku 2 70-ciu więźniów, którzy należeli do Sonderkommando i zatrudnieni byli przy paleniu zwłok w dołach na bunkrach. Grupa ta wyciągała zwłoki z komory gazowej na korytarz przy windzie, tu kobietom obcinał fryzjer włosy, a następnie wyciągano zwłoki windą na poziom hajcowni. Tu składano je w pokoju zapasowym na zwłoki, lub wynoszono na hajcownię i układano przed piecami. Tu dwaj dentyści pod kontrolą esesmanów wyrywali metalowe zęby i sztuczne szczęki. Oni również ściągali ze zwłok pierścionki i wyjmowali kolczyki z uszu. Zęby wrzucano do skrzyni oznaczonej napisem "Zahnarztstation ", a kosztowności do drugiej skrzyni. Skrzynia ta nie miała żadnego napisu, tylko oznaczona była numerem. Dentyści, którzy rekrutowali się też spośród więźniów, zaglądali do ust każdego trupa z wyjątkiem dzieci. Gdy usta były zacięte, rozwierali szczęki obcęgami, które służyły jednocześnie do wyrywania zębów. Jak już wspomniałem praca dentystów była przez esesmanów, asystujących przy tej czynności dokładnie kontrolowana. Co pewien czas wstrzymywali oni ładowanie do pieców zwłok obrobionych już przez dentystów, zaglądali do ust i zdarzały się wypadki, że stwierdzili istnienie niewyrwanego przez dentystów złotego zęba. Przeoczenie takie traktowane było jako sabotaż i winnego dentystę palono żywcem w piecu. Sam byłem świadkiem, jak dentystę Żyda francuskiego spalono w ten sposób w krematorium V. Bronił się on i krzyczał, ale esesmani, było ich kilku opadli go, obezwładnili i żywcem do pieca załadowali. Kara palenia żywcem była dla członków Sonderkommanda dosyć często stosowaną, ale nie jedyną, gdyż prócz niej stosowano także i inne, jak rozstrzeliwanie na miejscu, wrzucanie do basenu z wodą, udręczanie fizyczne, bicie, tarzanie się gołym ciałem po żwirze itp. inne tortury. Kary te stosowano na oczach całej obsługi Sonderkommanda w celu odstraszenia. Pamiętam również drugi wypadek, który miał miejsce na krematorium nr V w sierpniu 1944 r. Wówczas przy jednym ze zwykłych robotników, którym był Żyd pochodzący z Wolbromia, imieniem Lejb, w wieku około lat 20, niski, brunet, posiadający numer sto osiem tysięcy z czymś, znaleziono w trakcie dokonywania zmiany obsługi złotą obrączkę i takiż zegarek. Zwołano więc całą zajętą przy krematorium obsługę Sonderkommanda i na jej oczach powieszono go za ręce z tyłu związane na żelaznej sztabie nad generatorami. W tej pozycji wisiał on około godziny po czym po rozwiązaniu rąk i nóg wsadzono go do nieopalonego pieca w krematorium, gdzie pod spodem popielnika polano i zapalono benzynę tak, że płomienie dostawały się do retorty, w której majdował się ów Lejb. Po paru minutach otworzono piec, skąd wówczas wybiegł całkiem poparzony skazaniec, któremu kazano biegać naokoło podwórza krematoryjnego i krzyczeć, że jest złodziejem, a następnie kazano mu wspinać się po drutach kolczastych ogrodzenia krematorium, które w tym czasie z uwagi na porę dzienną nie były naładowane prądem elektrycznym. Gdy znalazł się on na szczycie drutów, wtedy szef krematorium Moll zastrzelił go. Mollowi było na imię Otto . W innym wypadku esesmani zapędzili więźnia ociągającego się w pracy przy krematorium do dołu, w którym znajdował się wrzący tłuszcz ludzki. Zwłoki palono wówczas w otwartych dołach, z których tłuszcz spływał do osobnego ziemnego zbiornika. Tłuszczu tego używano do polewania zwłok dla przyspieszenia procesu spalania.
Nieszczęśliwca tego wyciągnięto jeszcze żywego z owego basenu tłuszczu i zastrzelono. Dla dopełnienia formalności zwłoki przewieziono na blok, gdzie wystawiono "Totenschein", a dopiero dnia następnego przywieziono zwłoki na teren krematorium i spalono w dole. Przy paleniu zwłok z tego pierwszego transportu w połowie marca 1943 r. pracowaliśmy bez przerwy 48 godzin, nie zdołaliśmy jednak spalić wszystkich zwłok, ponieważ w międzyczasie nadszedł transport grecki, który również zagazowano. Ponieważ jednak byliśmy przemęczeni i zupełnie wyczerpani, odstawiono nas na blok, a prace przejęła inna zmiana. Sonderkommando, które obsługiwało wówczas również oba bunkry , liczyło około 400 więźniów. Na krematorium II pracowałem gdzieś do połowy kwietnia. W tym czasie nadchodziły transporty greckie, francuskie, holenderskie. Ponadto paliliśmy w tym czasie zwłoki ludzi, którzy poszli do gazu w wyniku selekcji przeprowadzanych w obozie. Pracowaliśmy na dwie zmiany, dzienną i nocną. Cyfry zagazowanych i spalonych w tym okresie podać nie mogę. Przeciętnie spalono na 24 godzin około 2500 zwłok . W tym czasie nie miałem możności zaobserwować, jak odbywała się procedura wpędzania ofiar do rozbieralni, a następnie z rozbieralni do komór gazowych. Gdy transporty nadchodziły zamykano nas z Sonderkommando, w koksowni. Dwóch pozostawało jednak w hajcowni do obsługi generatorów. Zdarzyło się, że i ja w tym czasie do obsługi takiej należałem. Przez okno hajcowni zaobserwowałem jak odbywa się wsypywanie "cyklonu" do komory gazowej. Za każdym transportem jechało auto ze znakami Czerwonego Krzyża. Autem tym przyjeżdżał na teren krematorium lekarz obozowy Mengele wraz z Rottenfiihrerem Scheimetzem. Wyjmowali oni z tego auta ze znakami Czerwonego Krzyża, którym przyjechali, puszki "cyklonu", zanosili je w pobliże kominków do wsypywania "cyklonu" do komory, tam Scheimetz otwierał je specjalnym dłutem i młotkiem, wsypywał zawatość puszki do komory i otwór zatykał przykrywą cementową. Kominków takich, jak już wspomniałem, było cztery . Do każdego z nich wsypywał Scheimetz zawartość jednej mniejszej puszki "cyklonu". Były to puszki oklejone żółtą etykietą. Przed otwarciem puszki Scheimetz ubierał maskę gazową. Puszkę "cyklonu" otwierał w masce i w masce wysypywał zawartość puszki do otworu prowadzącego do komory gazowej. Czynność tę wykonywali oprócz Scheimetza także i inni esesmani, specjalnie do tego przeznaczeni i należący do oddziału "Gesundheitswesen", których nazwisk jednak nie pamiętam. Przy każdym gazowaniu obecny był zawsze lekarz obozowy .Wymieniłem Mengelego, ponieważ w czasie mej pracy jego bardzo często spotykałem. Oprócz niego asystowali przy gazowaniu lekarze obozowi Konig 21, Tilo i jeszcze jeden, szczupły, wysoki, młody, którego nazwiska w tej chwili sobie nie przypominam. Był to ten, który w czasie selekcji wszystkich posyłał do gazu. Przypominam sobie, że kiedyś Mengele zwrócił się do Scheimetza, by ofiarom znajdującym się w komorze gazowej dał "Prędzej żreć", by mogły jechać wówczas do Katowic. Dosłownie wyraził się on wówczas "Scheimetz, gib ihnen das Fressen, sie sollen direckt nach Kattowitz fahren". Oznaczało to, by Scheimetz się spieszył z wsypaniem "cyklonu" do komory. Zauważyłem również w czasie pracy na krematorium II, że esesmani eskortujący transporty nachodzące na terytorium krematorium prowadzili ze sobą psy i mieli w rękach bykowce.
[...]
.Drugi ładunek tej retorty i dla tego samego palenia ładowano w taki sam sposób tym jednak, że przy tej drugiej parze zwłok musieliśmy się bardzo spieszyć, ponieważ te wpierw załadowane zwłoki paliły się już tymczasem, podnosiło ich ręce i nogi tak, że przy opóźnieniu mieliśmy trudności z załadowaniem drugiej pary zwłok do pieca. Przy okazji ładowania tej drugiej pary zwłok do pieca miałem możność zaobserwowania przebiegu procesu palenia się zwłok. Wyglądało to tak, że zwłoki jak gdyby wyprostowywały się w głównym korpusie ciała, ręce podnosiły się do góry i przykurczały, to samo działo się z nogami. Na ciele tworzyły się pęcherze, a przy zwłokach starszych, które po zagazowaniu nieraz nawet do dwóch dni w pokoju zapasowym leżały i były napęczniałe i nabrzmiałe, pękały przepony brzuszne i wychodziły na wierzch wnętrzości. Proces spalania się zaobserwować również mogłem przy przegrzebywaniu gracą w piecu dla przyspieszenia spalania się zwłok. Zresztą po każdym ładunku S S Kommandofiihrer kontrolował czy piece są należycie załadowane. My musieliśmy mu otwierać drzwiczki każdej retorty i przy tej okazji widzieliśmy, co we wnętrzu jej się dzieje. Zwłoki dzieci paliliśmy wraz ze zwłokami osób starszych, dorosłych, Najpierw ładowaliśmy do pieca zwłoki dwojga ludzi dorosłych, a później tyle dzieci wiele do retorty weszło. Najczęściej zwłoki 5-6 dzieci. Robiliśmy to tak dlatego, aby zwłoki dzieci nie leżały wprost na rusztach, które były szeroko rozstawione i zwłoki dzieci mogły przez nie przelecieć do popielnika. Zwłoki kobiet paliły się znacznie lepiej i szybciej jak zwłoki mężczyzn, Dlatego też, jeżeli ładunek palił się źle, wyszukiwaliśmy zwłoki kobiety wkładali je do pieca dla przyspieszenia procesu palenia. Przy pierwszych ładunkach, gdy piece ogrzewane były tylko generatorami, palenie obywało się powolniej. Później jednak w miarę spalania dalszych ładunków rozżarzały się żarem wytwarzanym przy spalaniu się zwłok tak, że przy spalaniu zwłok tłustych w ogóle wyłączano generatory .Ze zwłok włożonych do tak rozżarzonego pieca spływał momentalnie tłuszcz do popielnika, w popielniku zapalał się i palił zwłoki. Przy spalaniu muzułmanów musiano stale palić w generatorach. Vorarbeiter zapisywał w notesie ilość zwłok palonych w każdym ładunku, a Kommandofuhrer esesman kontrolował te zapisy i po spaleniu całego transportu notes zabierał. Z każdą zmianą naszego Sonderkommando przychodzili inni strażnicy SS i inni Kommandoffihrerzy. Spośród Kommandofuhrerów przypominam sobie esesmanów Gorgiesa , Knausa, Kurschussa, Schultza, Kolna i Kellera. Również i ów Scheimetz, o którym już wspominałem, był przez jakiś czas Kommandofuhrerem w krematorium IV. Wszyscy Kommandofuhrerzy znęcali się nad więźniami z Sonderkommando, zatrudnionymi przy krematorium niemiłosiernie. Nieraz przybierało to takie formy, że na przykład szef krematorium Voss , który po pewnym czasie został ze stanowiska tego nainne przeniesiony, zganił Kommandofuhrera Gorgiesa, który znęcał się nad nami w sposób bestialski, z tego tylko powodu, że w krematorium nie było pracy, ponieważ nie przybyły żadne transporty.
Największym zwyrodnialcem wśród nich był Hauptscharfuhrer Otto Moll. Jeszcze przed moim przybyciem do obozu był on kierownikiem pracy na bunkrach, d. zagazowanych spalano w dołach. Później na jakiś czas przeniesiony został do innego oddziału, Szefostwo wszystkich krematoriów powierzono mu w związku z przygotowaniami na przyjęcie masowych transportów węgierskich w roku 1944. Całą akcję masowego niszczenia ludzi przybyłych tymi transportami on przygotował. Jeszcze przed przybyciem transportów węgierskich zarządził wykopanie dołów obok krematorium V -go, oraz uruchomił ponownie, nieczynny do tego czasu, bunkier nr 2 i jego doły .
Na podwórzu krematorium porozwieszał na słupach tablice z napisami, według treści których ludzie przybyli transportami mają przejść do obozu, gdzie czeka ich praca, że jednak muszą przedtem wykąpać się i zostać poddani dezynfekcji. W tym celu muszą się rozebrać, a wszystkie rzeczy wartościowe złożyć w koszach specjalnie w tym celu na podwórzu rozstawionych.
Treść tę powtarzał również osobiście w przemówieniach, z którymi zwracał się do ludzi przybyłych transportami. Transporty te były bardzo liczne i zdarzało się, że komory krematorium V nie mogły pomieścić wszystkich przybyłych transportem. Tę resztę, nie mieszczącą się w komorach gazowych, rozstrzeliwał najczęściej osobiście. W wielu wypadkach wrzucał ludzi żywcem do płonących dołów. Ćwiczył się w strzelaniu na odległość do ludzi. Więźniów z Sonderkommanda maltretował i bił i traktował jak zwierzęta, przydzielone mu do jego osobistej obsługi więźniarki opowiadały, że ze skrzyni, w której pakowano zrabowane ludziom przybyłym transportami kosztowności, wyjmował przy pomocy drutu przedmioty złote i zabierał je w teczce dla siebie. Spośród rzeczy pozostałych po ludziach zagazowanych zabierał dla siebie futra i bardzo wiele środków żywnościowych, zwłaszcza tłuszcze. Z uśmiechem zwracał się w takich razach do esesmanów otaczających go i mówił, że trzeba się zaopatrzyć w środki żywności, bo nadejdą również i chude dni. Pod jego rządami Sonderkommando powiększone zostało do liczby około 1000 więźniów. Początkowo, gdy ja przydzielony zostałem do pracy w Sonderkommando, liczyło ono około 400 więźniów i w tej sile utrzymywało się do stycznia czy też lutego 1944 r. W jednym z tych miesięcy wysłano na transport do Lublina około 300 więźniów .
[...]
Po nawiązaniu kontaktu z obozem i ze światem zewnętrznym, postanowi1iśmy urządzić powstanie i albo przedrzeć się na wolność, albo zginąć. Termin powstania ustaliliśmy na czerwiec 1944 r.
Daty dokładnej nie pamiętam. Powstanie nie doszło jednak do skutku a ponieważ było już do jego wybuchu wszystko przygotowane i w akcję wtajemniczeni nawet tacy ludzie, przed którymi przygotowanie powstania trzymaliśmy w tajemnicy. Sprawa ta przyniosła nam duże szkody i po jej wykryciu pociągnęła za sobą duże ofiary. Jako pierwszy rozstrzelany został w niedługi czas po terminie wyznaczonym na powstanie, nasz kapo Kamiński. Od tego czasu przeniesiono nas dla uniemożliwienia nam jakiegokolwiek kontaktu ze światem na krematorium IV. Z zakwaterowanej tam obsługi wyselekcjonowano i posłano do gazu około 200 więźniów. Zagazowani zostali w odwszalni na "Kanadzie" w Oświęcimiu, a spaleni w krematorium D, przy czym spalenia dokonali sami esesmani zatrudnieni w krematorium. Sytuacja stawała się dla nas coraz cięższa i mimo iż byliśmy ze zdwojoną czujnością strzeżeni i kontrolowani, postanowiliśmy za wszelką cenę uwolnić się z obozu. Po przygotowaniach doszło we wrześniu 1944 r. do buntu w krematorium IV, który objął również krematorium II. W czasie buntu zabiliśmy na krematorium IV 25-30 esesmanów 30 i rozbiegliśmy się. Przedtem podpaliliśmy krematorium nr IV i wysadziliśmy je w powietrze. W obozie wszczęto alarm, SS otoczyło wszystkie krematoria, ujęło prawie wszystkich rozbiegających się więźniów. W wyniku powstania pozostało nas przy życiu z tysiąca tylko około 190-ciu 32. Wszystkich umieszczono na krematorium III, a następnie przeniesiono na blok 11 odcinka BIld. Stamtąd 100 więźniów wysłano transportem . 30 odkomenderowano do palenia zwłok w krematorium V, a 60 mieszkało na bloku 11 i pracowało w Abbruchkommando. Komando to zajęte było rozbiórką krematoriów II i Dl, które przetransportowane miały być do Gros s Rosen. Po jakimś czasie na bloku ll-tym umieszczono również i owych 30 palaczy z krematorium V, tak że przy likwidowaniu obozu na bloku 11 znajdowało się około 90 więźniów z Sonderkommanda. W dniu 18 stycznia 1945 r. wyprowadzeni zostaliśmy wraz z więźniami innych bloków do Oświęcimia i popędzeni w kierunku Rzeszy .Po przebyciu około 20 km, zbiegłem i w ten sposób uratowałem życie.
[...]
Krematoria IV i V zbudowane były według tych samych planów i ułożone symetrycznie po obu stronach drogi przebiegającej między obozem BIl i "Meksykiem" w kierunku nowej sauny. Krematoria te posiadały po dwa piece czteroretortowe. Retorty każdego pieca usytuowane były po dwie z każdej jego strony. Jeden generator opalał w tych piecach dwie retorty położone w jednej połowie każdego z pieców. Każdy piec posiadał własny komin. Zarówno rozbieralnia jak i komory gazowe urządzone były w krematoriach IV i V nadziemnie. Budynek, w którym mieściły się one, był znacznie niższy od hajcowni tak, że wyglądał na przybudówkę do krematorium. Z hajcownią sąsiadował w kierunku rozbieralni wąski korytarz o czterech wewnętrznych drzwiach. Prowadziły one z każdego końca korytarza do hajcowni i do rozbieralni. Rozbieralnia posiadała cztery małe okienka zakratowane od strony zewnętrznej kratami żelaznymi. Dalsze drzwi wychodziły z rozbieralni na korytarz, do którego znajdowały się drzwi wejściowe z podwórza krematorium. W tej samej ścianie co i drzwi wejściowe znajdowały się dwa okna. Na wprost od drzwi wejściowych do korytarza prowadziły drugie drzwi do wnętrza pokoju o jednym oknie, w którym mieściła się kuchnia esesmanów, zatrudnionych przy krematoriach. Potrawy przyrządzali w tej kuchni wieźniowie z Sonderkomanda. Z pokojem tym sąsiadował pokój więźniów z Sonderkommanda. W krematorium V pracowali w tym pokoju wszyscy, krawcy i stolarze z Sonderkommando, a na
|
| |
|
|